Kiedy poznaliśmy się z Natalią i Arkiem wiedzieli, że przed terminem porodu wyjeżdżam na tydzień za granicę i mogę nie dotrzeć na czas. To była ich trzecia ciąża i szansa na spełnienie marzenia o porodzie domowym w obecności fotografki. Obie czarowałyśmy rzeczywistość, żeby Tolek za bardzo się nie spieszył. Do Polski wróciłam w środę nad ranem, a w czwartek rano zadzwonił telefon. Poczekał.
Wiadomość z informacją, że wody odeszły przyszła po północy, ale skurcze zaczęły nasilać się dopiero rano i wtedy Natalia zasugerowała, żebym przyjechała. Poczułam wdzięczność, że miałam dzień na dojście do siebie po długiej podróży i świat przestał już wirować. Zjadłam śniadanie, spakowałam się i trzy godziny później byłam już w Sulikowie.

Znałam drogę i dom, do którego zmierzałam – spotkaliśmy się w nim po raz drugi dwa tygodnie wcześniej. Na miejscu czekali Witek i Stasiu, którzy świadomie zdecydowali, że przywitają brata osobiście i zostali tego dnia w domu. Zastałam ich w trakcie malowania dla niego rysunków. Z przejęciem zaczęli opowiadać o porannym zbieraniu grzybów, a kiedy zobaczyli mój aparat rozpoczęły się poszukiwania ich sprzętu – bo przecież umówiliśmy się, że pomogą mi w robieniu zdjęć.



Skurcze stawały się coraz bardziej intensywne i Natalia była już mocno skupiona na procesie, starając się w przerwach resztę pozostałej jej uwagi dać chłopcom. Słońce rozświetlało mieszkanie, to był wyjątkowo piękny dzień.



Przy każdym przypływie wołała męża i ściskając go za rękę lub opierając się na nim przechodziła przez kolejną falę bólu. Chłopcy obserwowali z zainteresowaniem, co się dzieje, a następnie wracali do zabawy. We mnie obudziło się dużo współczucia dla Natalii, które mieszało się z radością, że tu jestem i jednoczesnym skupieniem na reportażu.



Rytm następnych minut ustalały kolejne skurcze, które Natalia sygnalizowała wokalnie, dając nam do zrozumienia, że stają się coraz trudniejsze do zniesienia. Obserwowałam jak podąża za potrzebami swojego ciała, instynktownie robiąc to, co dla niej najlepsze.



Ostoją spokoju w całej sytuacji był Arek, który był blisko, kiedy Natalia tego potrzebowała, jednocześnie miał na oku chłopców i ich potrzeby, spokojnym głosem tłumacząc, że nie wszystkim może się teraz zająć, bo wspiera mamę.




Byłam pod ogromnym wrażeniem jak chłopcy odnaleźli się w całym procesie. Starszy Stasiu zabrał się za tworzenie przestrzennej pracy – malował, wyklejał, budował. Potrzebował jedynie zjeść w międzyczasie i co jakiś czas konsultować się, co robić dalej. Zajął się tym projektem przez dwie godziny, jakby czując, że takie jest teraz jego zadanie. Powtarzał tylko co jakiś czas „dobrze, że zostałem dziś w domu.”


W oczekiwaniu na położną Natalia szukała dla siebie pozycji, która przyniesie choć trochę ulgi. Potrzeba bliskości partnera w przypływach bólu, płacz z bezsilności, mimo wszystko były dla mnie poruszające. Siła. Moc. Cierpliwość.




Około 13 przyjechała położna Ewa. Cieszyłam się na to spotkanie, bo obserwowałam profil Ewy, odkąd zainteresowałam się porodami domowymi. To do niej pierwszej napisałam na początku tego roku nieśmiało pytając o reportaże z narodzin. Ewa zaczęła od badania Natalii i sprawdzenia, jak się ma Maluszek, uważnie obserwując przebieg skurczy.



Tolek miał się bardzo dobrze, potrzebował jedynie trochę wsparcia w trafieniu do kanału rodnego – Ewa wspierała Natalię swoim doświadczeniem, spokojem i sprawdzonymi technikami.



W międzyczasie obudził się Witek, wyspany i gotowy na dalszą część dnia.


Kiedy dowiedziałam się, że przy narodzinach Tolka będzie obecna dwójka dzieci, byłam bardzo ciekawa i podekscytowana jak wszyscy razem będziemy współpracować. Chłopcy doskonale wiedzieli, czego się spodziewać, bo długo przed terminem rodzice przygotowywali ich do tego dnia, wspólnie oglądali zdjęcia i filmiki, odbyli wiele rozmów, zostawiając im możliwość wyboru czy chcą w tym uczestniczyć.









Kiedy Natalia poczuła już wyraźnie, że Tolek jest blisko, ze łzami w oczach powiedziała „to się naprawdę wydarzy, on urodzi się w domu.” Był to dla mnie najbardziej wzruszający moment tego dnia.

Z każdą kolejną chwilą zaczynała się niecierpliwić i złościć na intensywność skurczy. Zaproponowała chłopcom, że mogą bawić się w swoim pokoju. Poszłam na chwilę z nimi, podjąć nieudaną próbę włączenia im bajki. Wtedy nagle usłyszałam głos Ewy, która zawołała, że jeśli chcemy zobaczyć jak rodzi się Tolek, to lepiej, żebyśmy szybko wrócili.


Wtedy zobaczyłam jego główkę i buzię, która już próbowała łapać oddech i wydać pierwszy okrzyk. Tolek bezpiecznie wyślizgnął się w ręce położnej i chwilę później trafił w ramiona mamy. Reszta zdjęć nie wymaga komentarza.







Kiedy pępowina przestała tętnić, Arek przeciął ją zdecydowanym ruchem, przejął Tolka, a Natalia chwilę później urodziła łożysko i poszła pod prysznic.




Staś i Witek z dużą ciekawością, ale jednocześnie spokojem i wyczuciem powitali brata i przyglądali mu się uważnie. Z podobnym zainteresowaniem oglądali z Ewą łożysko. Niepowtarzalny widok.



Zanim Tolek wrócił do mamy, Ewa zbadała go, zważyła i zmierzyła, niespecjalnie mu się podobało, co zakomunikował kolejnym cudownym krzykiem.

Potem czekało go już tylko ciepło, bliskość, ssanie piersi i obecność całej rodziny. W takiej atmosferze z wielką wdzięcznością po godzinie 17:00 opuściłam ich dom.



Dziękuję Natalii i Arkowi za zaufanie i zaproszenie do tego niezwykłego wspólnego doświadczenia, a Stasiowi i Witusiowi za czas spędzony w ich dziecięcej, czystej energii. Świadkowanie narodzinom Tolka było dla mnie przywilejem. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy!
Pięknie opisane i jeszcze piękniej zobrazowane. Jestem dumny. Brawo.