Na każdą sesję mogę umówić się na konkretny termin, godzinę i czas trwania. Szukać odpowiedniego miejsca, światła, zmieniać lokalizacje. Ale naturalne narodziny to żywioł – piękny i nieprzewidywalny.

Basia i Michał trafili na mojego posta na grupie dotyczącej porodów domowych. Kiedy dostałam maila ogarnęła mnie prawdziwa radość, że jeszcze w październiku będę miała możliwość sfotografować narodziny kolejnego małego człowieka. Kiedy spełnia się swoje marzenie czasem trudno uwierzyć, że to dzieje się naprawdę 🙂

Czasu do orientacyjnego terminu nie było za wiele, więc jak tylko było to możliwe spotkaliśmy się we trójkę, aby omówić szczegóły i podpisać umowę. Dla mnie to również okazja, żeby poznać trasę i dom, w którym planowany jest poród. Dzięki temu w dniu narodzin nie martwię się, że będę błądzić.

Od tego momentu ponownie włączyłam dźwięk w telefonie (na co dzień jest wyciszony), pilnowałam, aby bateria była naładowana i zasypiałam nie włączając trybu samolotowego. Co kilka dni wymieniałyśmy z Basią smsy o jej samopoczuciu, jednak maluchowi się nie spieszyło.

Tydzień przed terminem wylądowałam z gorączką w łóżku i wiedziałam, że jeśli wtedy „się zacznie” nie będę miała siły nawet dojechać do Wrocławia. Czułam, że muszę wewnętrznie odpuścić, żeby dojść do siebie, jednak trudno było mi sobie wyobrazić, że nie będę mogła im towarzyszyć. Basia ze spokojem napisała mi wtedy: „ok, w takim razie, jeśli zacznie się dziś w nocy, to nie będziemy dzwonić. Ale wydaje mi się, że mały poczeka”.

I poczekał 🙂

We wtorek rano po przebudzeniu zobaczyłam na telefonie nocnego smsa od Michała z informacją, że Basia ma skurcze i że może to będzie dziś. Początkowo zasugerowałam, że poczekam na sygnał od nich, kiedy chcą, abym do nich dołączyła, ale chwilę później poczułam, że nie ma na co czekać – spokojnie zjadłam śniadanie i ruszyłam do Wrocławia.

9:00 rano. Idealna godzina na przejazd przez Wrocław, bez korków. Drzwi domu były otwarte, pies niecierpliwił się zamknięty za drzwiami. W salonie zastałam Basię w basenie skoncentrowaną na dość częstych, intensywnych skurczach i Michała, który wspierał ją w jej potrzebach.

W domu poza tym panowała cisza, nikogo poza nami nie było. Starsza córka poszła jak zwykle rano do szkoły. Dowiedziałam się, że niestety skończyła się już romantyczna i przyjemna nocna atmosfera, kiedy skurcze były łagodne, paliły się świece i leciała muzyka. A teraz to już ciężkie klimaty i ból. Basia czuła intuicyjnie, że zaczęły się skurcze parte i chciała, aby dołączyła już do nich położna. Okazało się jednak, że musiała pojechać do innego porodu i w jej zastępstwie przyjedzie położna Karolina.

W trakcie oczekiwania na jej przyjazd, Michał cały czas mierzył długość skurczy i ich częstotliwość, starając się zachować spokój i pełną uważność na samopoczucie Basi. Ponownie szansa obserwowania wspierającego mężczyzny w czasie narodzin wywołała we mnie ogromne wzruszenie.

Pomiędzy skurczami panowała cisza i spokój. Co jakiś czas padały tylko krótkie i konkretne komunikaty Basi, mówiące o jej rosnącym zmęczeniu.

Basia podążając za swoimi potrzebami zdecydowała, że chce wyjść z basenu, co kosztowało ją na tym etapie sporo wysiłku. Skurcze były coraz częstsze.

Chwilę później pojawiła się położna. Zaczęła od badania i sprawdzenia tętna malucha. Wszystko było dobrze, a intuicja nie zawiodła Basi – byli na ostatniej prostej. Michał poczuł ulgę i mógł pozwolić sobie na okazanie emocji. Akcja przyspieszyła.

Od tego momentu Basia mogła liczyć na uspokajające i dopingujące słowa Karoliny, której łagodność działała doskonale. Skurcze były już wyczerpujące, a przyjmowanie wygodnej pozycji zbyt wymagające.

Po kilku kolejnych skurczach położna zaproponowała Basi skorzystanie z łazienki i już nie wróciły do pokoju. Tam, po zmianie pozycji, nastąpił wyraźny postęp porodu.

Powoli zaczęła się wyłaniać główka, więc szybko zawołałam Michała, który przygotowywał herbatę, żeby nic go nie ominęło. Pięć minut później na świecie był już Daniel. Z tego etapu nie mogę pokazać wszystkich zdjęć, jednak chyba to jedno i tak oddaje emocje tego dnia. Basia żartowała później, że urodził się w starej łazience, w której kafelki kładł dawno temu jego dziadek.

Basia znalazła w sobie jeszcze siłę, aby przejść z powrotem do pokoju. Później było już tylko spokojniej i spokojniej…

Był czas na bliskość, rozmowę, badanie, żarty, wzruszenie…pierwszy płacz, który cieszy jak żaden inny! A przede wszystkim na ogrom miłości, który pojawił się wraz z małym Danielem, ale był też odczuwalny cały czas między Basią i Michałem.

Czuję ogromną wdzięczność, że mogłam uczestniczyć w tych pięknych domowych narodzinach. Dziękuję.